Kupiłem niedawno oświetlenie do swojej szosówki żeby móc spokojnie i bezpiecznie jeździć na rowerze drogami (także za miastem) po zmierzchu. Na początku celowałem w produkty firm takich jak Sigma Sport lub Roxim, ale w końcu zdecydowałem się na rodzimego producenta: MacTronic (po części dlatego, że to jednak polska firma, ale także dlatego że wcześniej przeczytałem pozytywne opisy wybranych lampek).
Zdecydowałem się na Wall-e z tyłu oraz Scream z przodu. Wall-e jest tak jasna, że wyraźnie widać ją nawet w środku dnia. Z kolei Scream daje bardzo jasne światło, które w zupełności wystarczy do jazdy w całkowitych ciemnościach, a przy tym można ją wyjąć z uchwytu i używać jak zwykłej latarki. Jak na razie jestem całkowicie usatysfakcjonowany.
Stwierdziłem ostatnio, że najlepiej będzie koncentrować się na rzeczywistości doświadczanej w czasie jazdy a nie na pragnieniach związanych z nią (pragnieniach uwiecznienia jej lub wspólnego przeżywania z kimś innym). Wczoraj właśnie w ten sposób spędziłem wieczór: jeździłem po okolicach swojego mieszkania i cieszyłem się pięknym zmierzchem. W pewnej chwili zobaczyłem nawet jak chmurę rozświetliła od środka błyskawica, której jednak nie usłyszałem — musiała być bardzo daleko.
Tamten kawałek nieba mi się podoba, chcę go obejrzeć pod innym kątem, więc jadę tam i podziwiam go. I jadę dalej, cieszę się pędem powietrza, własną prędkością i pięknem, które przez moje oczy trafia prosto do serca.
Dziś wieczorem po wyjściu z Tesco miałem szczęście zobaczyć tę niesamowitą mieszankę chmur podświetlonych przez zachodzące słońce. Myślałem wtedy o tym, że słusznie postanowiłem nie robić zbyt wielu zdjęć w celu „uwiecznienia” chwil, bo przecież cyfrowe oko aparatu nie dostrzegłoby tego wszystkiego, co mnie w tej chwili zachwycało. Dlatego zamiast wpatrywać się w ekran aparatu i zabiegać o jak najlepszą fotografię, która i tak nigdy nie oddałaby piękna tej chwili, po prostu patrzyłem na niebo, na płonące stratusy, cumulusy, altocumulusy…
Jeszcze teraz myślę o tym całym uwiecznianiu, którego pewien czas temu postanowiłem zaniechać. (Nie na dobre, na zawsze, zrobiłem sobie po prostu przerwę. Nie wiem jeszcze na jak długo, to akurat wyjdzie samo — w praniu.) Jaki właściwie sens miałoby zapisywanie tego widoku gdziekolwiek indziej niż we własnej pamięci? W ostatecznym rozrachunku to we mnie jest „receptor piękna” i to pragnienie ciągłego podziwiania pięknego widoku, które wywołuje we mnie na przykład zachód słońca tak efektowny jak ten dzisiejszy, jest specyficzne dla mnie. Nikt inny nie odczuwa akurat tego, akurat w ten sposób, akurat w tym momencie. A nawet jeśli odczuwa, to nie jest w stanie mi tego powiedzieć, ponieważ pewnych rzeczy nie da się wyrazić. W moim odczuwaniu piękna lub w czymkolwiek innym jestem sam — jak palec.
Dlatego piękne widoki są w gruncie rzeczy przygnębiające. Przypominają nie tylko o ulotności życia i tych wszystkich pięknych chwil, ale także o tragicznej samotności człowieka. Następnym razem jadąc wieczorem na rowerze i patrząc na to piękne, ciemnogranatowe niebo, będę jechał tak jakbym był duchem kogoś zmarłego: bez pragnienia zatrzymania czegokolwiek, bo już niczego nie ma, tylko niebo i jego ciemny granat w moich oczach.
Trafiłem na świetne rady dot. trenowania podjazdów na szosówce. Świetne, ponieważ uwzględniają także czynnik psychiczny.
Wymarzyłem sobie ostatnio taki urlop: codziennie rano wsiadać na rower, jechać gdzieś za miasto, siadać pod jakimś drzewem i czytać, potem jeszcze trochę wędrować rowerem po okolicach i wieczorem wracać do domu żeby wyspać się dobrze po udanym dniu.
Jednak zanim wezmę ten urlop, co z pewnością nie nastąpi wcześniej niż we wrześniu, będę jeździł po mieście, czasem z kolegami a czasem bez nich, dla samej frajdy szybkiego przemieszczania się i poczucia wolności. A także dlatego, że po prostu lubię patrzeć na miasto i ludzi z roweru, oczywiście jeśli ci ludzie nie pchają mi się pod koła.
Moje kolana nadal odpoczywają. Rano przeczytałem nawet rozdział o regeneracji w kupionej pewien czas temu książce poświęconej treningowi kolarskiemu. Myślę że będę odpoczywał jeszcze do wtorku i w środę znowu wsiądę na rower (lub ew. we wtorek wieczorem na krótką przejażdżkę).
Ten blog istnieje dzięki serwisowi Jogger.pl.